, [M] Królestwo za siano (fandom: Sharpe Series) ďťż

[M] Królestwo za siano (fandom: Sharpe Series)

Kto tam jest w środku?
Efekt kompletnej głupawki, który nawet nie miał być opublikowany, ale Ottiś mnie namówiła.
Bo, jak zostało ustalone, Sharpe i Teresa mieli fetysz siana.

Królestwo za siano

Siano było zajęte.
Nie, żeby Richard Sharpe uważał, że lokalizacja ta należała na wyłączność do niego i jego żony, ale niemniej jednak fakt, że ktoś ich uprzedził, wprawiał go w ogromną irytację. Że też spośród tylu miejsc dostępnych w rozbitym wokół niewielkiego, na wpół wyludnionego miasteczka obozie para, którą słychać było po przeciwnej stronie drzwi, musiała wybrać właśnie stajnię! I to akurat w momencie, gdy Richard i Teresa doszli do porozumienia, że oboje uważają siano za najlepszy wybór.
Po odgłosach jednak sądząc, można było zaryzykować stwierdzenie, że intruzi nie byli nikim szczególnie ważnym, co pozwoliło Sharpe’owi (wychodzącemu z założenia, że ktoś mogący poszczycić się wysokim stopniem lub urodzeniem brzmiałby jednak nieco inaczej) odzyskać odrobinę nadziei. Wyraził ostrożną sugestię, że mógłby po prostu kazać im się wynosić, ale Teresa potrząsnęła w odpowiedzi głową, uśmiechając się z rozbawieniem.
– Odgłosy mogą być mylące – stwierdziła. – A my lepiej zrobimy, jeśli pójdziemy gdzie indziej.

Jak się prędko okazało, problem nie polegał na tym, że miejsce, które upatrzył sobie Sharpe, było zajęte. Polegał raczej na tym, że zajęte było każde miejsce w całym obozie.
Zajęty był każdy dom (co nie wydawało się specjalnie dziwne, bo nawet jeśli część z nich nie była zajęta przez intruzów, służyły jako kwatery dla wyższych rangą oficerów lub, cóż, jako domy), każdy pokój na tyłach karczmy (co było już dość złośliwym zrządzeniem losu), a nawet każdy opustoszały na co dzień budyneczek (co już zupełnie nie mieściło się Sharpe’owi w głowie).
Co prawda Teresa już chyba jakiś czas temu porzuciła jakiekolwiek plany na ten dzień związane z mężem (i sianem) i podążała za nim jedynie z czystej ciekawości, przyglądając się z rozbawieniem, jak dobija się do kolejnych popadających w ruinę zabudowań, jednak Richard niespecjalnie się tym przejmował. Dla niego to już też nie była kwestia planów, lecz honoru. Sugestię, że mogliby po prostu wrócić do jego namiotu, zbył pogardliwym prychnięciem.
Jego irytacja wzrosła jeszcze bardziej, gdy energiczne łomotnięcie w następne drzwi również nie sprawiło, że stanęły przed nim otworem. Przynajmniej nie bezpośrednio. Już miał uznać, że ich opór oznacza, iż i to miejsce jest przez kogoś zajęte, gdy nagle uchyliły się ze skrzypnięciem. W wąskiej szparze między framugą a skrzydłem drzwiowym pojawiła się okolona siwymi włosami głowa mężczyzny, którego Sharpe kojarzył jako pułkownika kawalerii.
– Och. Dzień dobry? – Pułkownik, gdyby Richard miał to oceniać, wyglądał, jakby mu ulżyło, gdy zobaczył, kto stoi przed drzwiami. – Czy coś się stało?
– Ależ nie. Nie wiedzieliśmy, że ktoś tu jest – odparła Teresa, bo Sharpe nie znalazł najwyraźniej żadnej odpowiedzi. Pułkownik odchrząknął niepewnie.
– Och – powtórzył. – Cóż, ja jestem. Ja… – Obejrzał się nerwowo przez ramię, gdy z wnętrza budynku po raz kolejny napłynęły ciche piski i chichoty. – Ja właśnie uczę dzieci czytać, tak. Uznałem, że skoro i tak będziemy tu przez parę dni, a po Francuzach ani śladu, to przynajmniej zrobię coś pożytecznego dla tutejszych sierot. Ja... Tak właśnie – zająknął się.
– Oczywiście – potaknęła uprzejmie Teresa, rzucając pułkownikowi tak pogodne spojrzenie, że oficer wyraźnie poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. – Więc chyba nie będziemy już dłużej przeszkadzać w tej szczytnej misji, prawda, Richardzie?
– Pani Tereso? Kapitanie Sharpe? – dobiegł ich jeszcze po kilku krokach głos pułkownika. – Ja… Gdybyście spotkali moją żonę, byłbym zobowiązany za zachowanie dyskrecji – stwierdził zakłopotany. – Oczywiście nie dzieje się tu nic niewłaściwego, co powinienem ukrywać, ale… Widzicie, moja małżonka i ja nigdy nie doczekaliśmy się własnych dzieci, więc chciałbym oszczędzić jej przykrych refleksji z tym związanych – zakończył, wyraźnie starając się, by zabrzmieć z odpowiednią godnością, a otrzymawszy zapewnienie, że nikt nie wybiera się na pogawędkę z panią pułkownikową, skinął z wdzięcznością głową i ostatecznie wycofał się w głąb budynku.
– Zdaje się, że pułkownik postanowił nauczyć czytać zwłaszcza najstarsze sieroty – zauważył Sharpe, u którego irytacja na krótki moment ustąpiła miejsca rozbawieniu.
– I zapewnić im prawdziwie rodzinną atmosferę – roześmiała się Teresa. – Widziałeś ten szlafrok?

Niewielka szopa z nieco dziurawym dachem wyglądała bardzo obiecująco i Richard zastanawiał się, dlaczego właściwie nie pomyślał o niej już wcześniej. Istniała nawet szansa, niewielka, ale jednak, że wewnątrz znajdowało się siano.
Zanim jednak zdążył to zweryfikować, drogę zabiegł mu żołnierz, którego po chwili namysłu Sharpe zidentyfikował jako Nasha, sierżanta, którym zwykli się wysługiwać kwatermistrz armii i jego zastępca.
– Nie może pan tam wejść, sir! – oznajmił sierżant Nash zaaferowanym tonem, usiłując zagrodzić Richardowi drogę do drzwi. – Pan podpułkownik zdecydowanie zabronił kogokolwiek wpuszczać! Pod żadnym pozorem!
– Oczywiście, że mogę. Nie obchodzą mnie żadne głupie zakazy, przecież nie zamierzam niczego stamtąd ukraść! – burknął z irytacją Sharpe, usiłując wyminąć Nasha.
– Pan nie rozumie! – zaprotestował desperacko sierżant. – Pan podpułkownik jest tam z jeńcami – dodał błagalnie. Przyniosło to przynajmniej częściowy skutek, bo Richard zaprzestał prób przepchnięcia się do drzwi.
– Z jeńcami? Pod żadnym pozorem? No, no, kto by pomyślał – rzucił ironicznie. Sierżant Nash oblał się rumieńcem, gdy dotarło do niego, jak Sharpe zinterpretował jego słowa.
– To całkiem nie tak! – zaprotestował po raz kolejny. – Ci jeńcy, oni są martwi, sir! Pan podpułkownik stara się nimi zająć – poinformował z przejęciem. Dopiero po chwili, gdy Richard wytrzeszczył na niego oczy w bezbrzeżnym zdumieniu, do sierżanta dotarło, że swoim sprostowaniem wcale nie pomógł nadszarpniętej pierwszym niefortunnym sformułowaniem reputacji swojego dowódcy.
– Nie! Całkiem nie tak – jęknął, błagalnie wpatrując się w Sharpe’a.

Kolejny cel wydawał się już bezdyskusyjnie pewnym strzałem, więc Sharpe był nieco zdumiony, gdy nagle między nim a drzwiami jak spod ziemi wyrósł podpułkownik Courtenay. Starszy oficer zdawał się jednak niemniej zdziwiony widokiem Richarda i Teresy. Obrzucił ich podejrzliwym spojrzeniem, ale po chwili na jego twarzy wykwitło coś na kształt wyrazu triumfu.
– Śledzicie mnie! – oskarżył, a zdumienie Sharpe’a jeszcze bardziej się pogłębiło, niemal wypierając narastającą w nim coraz bardziej irytację – ale tylko niemal i tylko na moment.
– Co? Nie, oczywiście, że nie! – zaprzeczył z oburzeniem, ale podpułkownik nie wydawał się zainteresowany jego zdaniem na ten temat.
– Próbujecie mnie przyłapać na czymś niewłaściwym, co? Kto was nasłał? A może to własna inicjatywa? – Courtenay (który wobec Hiszpanów był tylko odrobinę mniej nieufny niż wobec Francuzów i oficerów wywiadu) rzucił Teresie podejrzliwe spojrzenie. – Nieważne. Ktokolwiek próbuje mnie skompromitować, nie uda mu się to. Nie mam nic do ukrycia. I mogę tego nawet dowieść, ha! Wchodząc teraz, przy świadkach, do tej oto rudery. Wszak podejrzewaliście pewnie, że zmierzam tam potajemnie i w niecnych celach? Pewnie na jakieś nikczemne spotkanie? Niedoczekanie wasze! – zawołał i, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, obrócił się na pięcie i zniknął wewnątrz budynku.
A chwilę później Sharpe zaczął przeklinać w duchu na czym świat stoi, bo uświadomił sobie, jak łatwo dał się przechytrzyć.
– Drań!

Dotarcie do starej, kamiennej stróżówki stojącej na wzgórzu kawałek za miasteczkiem wymagało przedarcia się przez cały gęsto zastawiony namiotami obóz armii, ale Richard przypuszczał, że było to warte zachodu. Przypuszczenie to osłabło nieco, gdy i tam drzwi zaczęły stawiać opór i nie ustąpiły, mimo że Sharpe przez dobre pół minuty zawzięcie szarpał za klamkę.
Przymierzał się już do wywarzenia ich barkiem, gdy nagle ktoś otworzył je z rozmachem od środka. W progu stał major w pozostającym w wyjątkowym nieładzie mundurze 11. Pułku Piechoty.
– Co ty, do licha, wyczyniasz, Shapre? – zapytał, na wpół z rozbawieniem, na wpół z pretensją.
– Nic ważnego. A skoro ta rudera jest już pusta… – odburknął wymijająco Richard, ale zanim udało mu się wedrzeć do środka, major zatrzasnął za sobą drzwi i oparł się o nie plecami.
– Nie tak prędko – rzucił wesołym, ale stanowczym tonem. – Żadna pusta, nigdzie się stąd nie wybieram. Dostałem za zadanie wypytanie ważnego miejscowego informatora na temat poczynań Żabojadów, którzy byli tu tydzień temu, i właśnie ten rozkaz wypełniam – oznajmił pewnym siebie głosem. – Więc po cokolwiek jest ci potrzebna ta, jak mówisz, rudera, ja i tak mam pierwszeństwo!
– Strasznie intensywne musi być to wypytywanie… sir – rzucił kąśliwie Sharpe, przeskakując spojrzeniem od rozczochranych włosów po niedopięty kołnierz i wymiętą szkarłatną kurtkę majora.
– Wszyscy musimy wypełniać nasze obowiązki z zaangażowaniem, czyż nie? – odparł pogodnie oficer, ani trochę nie zbity z tropu. – Dobrego dnia. Sharpe. Comandante Tereso. – Skłonił się z bezczelnym uśmiechem, a potem wszedł z powrotem do stróżówki, zatrzaskując im drzwi przed nosem.
Sharpe byłby skłonny przysiąc, że po chwili usłyszał, jak ważny miejscowy informator majora pyta dźwięcznym, dziewczęcym głosem, kto i czego chciał. Jak na informatora było to żądanie zadziwiająco wielu informacji.
Richard wahał się pomiędzy załomotaniem w drzwi raz jeszcze i wypomnieniem majorowi tego i owego a wyruszeniem na poszukiwania innej lokalizacji, ale zanim zdążył podjąć decyzję, odezwała się Teresa:
– Odpuść już – poprosiła spokojnie. – Jeśli aż tak ci zależy, zawsze możemy po prostu iść do namio…
– O nie, niedoczekanie! – wszedł jej w słowo Sharpe i ruszył energicznym krokiem przed siebie.
Przemierzenie z powrotem obozu zajęło dużo mniej czasu niż droga w przeciwną stronę. Jeszcze mniej potrwało wyrzucenie przerażonej pary intruzów (po odgłosach sądząc, wcale nie tej samej, którą słyszeli wcześniej, jak bez najmniejszych wyrzutów sumienia stwierdził Richard) ze stajni i Sharpe zaczął żałować, że nie zdecydował się na to dużo wcześniej.
Ileż to oszczędziło czasu! Ileż zachodu! I nawet nie musiał przyznawać się do tego, że jego niechęć do powrotu do namiotu wynikała z faktu, iż łaskawie odstąpił go chwilowo Patowi i Ramonie (wychodząc z, jak się okazało, niezbyt słusznego założenia, że oficerowi łatwiej będzie znaleźć inny ustronny kąt niż prostemu sierżantowi).
Poza tym Sharpe naprawdę lubił siano.

T.L. dnia Nie 22:29, 06 Mar 2016, w całości zmieniany 1 raz


KOCHAM CIĘ!

Serio, namówienie cię do obejrzenia Sharpe'a było najlepszą rzeczą, jaką zrobiłam w ciągu ostatniej dekady! Aczkolwiek i tak nie spodziewałam się, że moje naukowe obserwacje na temat zwyczajów romantyczno-erotycznych Sharpe'a i Teresy przyniosą tak zabójcze efekty! XD

Ómarło mnie tu praktycznie wszystko. Cała litania miejsc i zajmujących je osób. (Pierwsze miejsce ma nauka sierot czytania oraz zajmowanie się martywmi jeńcami - ciekawe, gdzie jest ten, który je "skombinował", bo w końcu obie wiemy, o kim mowa XD). Cudowna była też cierpliwa, wyrozumiała, śmiejąca się w duchu z męża Teresa. Oboje tacy kanoniczni! Ale i tak najbardziej zabiła mnie końcówka. Cały Ryś, tak dbać o sierżanta Harpera. No i ten fetysz siana. Aż się zachciało kiedyś spróbować. Z Sharpe'em rzecz jasna XD