, [Z] W czerni zatopiony. (Supernatural) ďťż

[Z] W czerni zatopiony. (Supernatural)

Kto tam jest w środku?
Opowiadanie bardzo smutne i dość krwawe. Zainspirowane rozmowami ze znajomymi oraz jakimś postem z tumblra, który częściowo opisywał scenę, którą zawarłam na koniec opowiadania. Pisanie go złamało mi serce i przez kilka dni nie mogłam się pozbierać... ale zapraszam do czytania i komentowania może sie wam spodoba.

Krew kapała ze stołu na podłogę. Bunkier wypełniała cisza, przerywana jedynie tym uporczywym, obrzydliwie mokrym "kap, kap, kap". Na podłodze powoli zaczynała tworzyć się kałuża ciemnej cieczy, która wypływała z ciała, leżącego na blacie twarzą w dół. Gdyby nie ta wszechobecna czerwień, ktoś mógłby pomyśleć, że mężczyzna, siedzący w miękkim fotelu, jedynie zdrzemnął się po ciężkim dniu pracy, zmożony obezwładniającym zmęczeniem. Jednak prawda była inna. Prawda była krwią i metalicznym słodko - mdlącym zapachem i mlaszczącym odgłosem, gdy Dean szybkim ruchem oderwał ciało od stołu. Jeszcze ciepłe. Do złudzenia żywe. Z głową niemal odrąbaną od reszty korpusu. Dean po raz pierwszy od miesięcy poczuł coś w środku. W roztargnieniu przeczesał ciemne włosy martwego mężczyzny. Delikatnie, żeby nie strącić głowy z ramion. Jego usta zaczynały się już robić sine, zbyt wiele krwi zdołało wypłynąć z bezwładnego, lecącego przez ręce ciała. Jak kukła. Jak szmaciana lalka. Bez iskry życia i cienia ruchu. Blada i jednocześnie piękna, idealna do postawienia na wystawie. Lub zatrzymania w prywatnej kolekcji. Dean może był demonem, ale nadal potrafił docenić piękno. Jak każdy, kto jest, czy też kiedykolwiek był człowiekiem, lubił patrzeć na ładne rzeczy. Dotykać ich. Upajać się zapachem, smakować... tylko to uczucie. Jakby drapanie. Irytujące skrobanie gdzieś w środku klatki piersiowej, które sprawiało, że miał ochotę wyrwać swoje niebijące już serce i je pożreć. Tak dla zasady. I dla przyjemności. Bo po co marnować dobre mięso? Siłą woli odegnał jednak denerwujące uczucie. Niepotrzebne mu było roztrząsanie jakichś drobnostek. Nie w chwili triumfu, nawet jeśłi tylko połowicznego.
Dean przesunął mokrymi od krwi palcami po bladym policzku mężczyzny, pozostawiając ciemne smugi na jasnej skórze. Miło czasem oddać się takie prostej rozkoszy. Czuł podniecenie, rozlewające się po swoim własnym ciele. Czuł jak powoli twardnieje, ukryty za materiałem spodni. O tak... Nachylił się i wypełnił płuca zapachem mężczyzny, ledwie przebijającym przez odór krwi. A potem zlizał krew z jego policzka. Bo po cóż marnowatrawić takie dobrodziejstwo? Może była to bardziej domena wampirów, ale każdy ma jakieś przysmaki, nawet jeśli są one dość... ekscentryczne. Dean lubił krew. Lubił mięso. Lubił zatapiać w nim zęby i czuć gasnące w ofierze życie w ten najbardziej intymny z możliwych sposobów. To było jak narkotyk, jak czysta, nie zmącona niczym ekstaza. Niewiele osób było w stanie go zrozumieć. Cóż rzec - nie było to powszechne nawet wśród demonów. Ale kto mu zabroni? Nikt. Teraz miał władzę i siłę. Nie krępowały go uczucia, nie krępowało go sumienie, zakazy i obowiązki. Był wszechmocny...
- Dean? - w progu stał lekko zdyszany po długim biegu Sam. Dean uśmiechnął się paskudnie. W końcu skurczybyk wylazł z dziury... Spojrzenie Sama powędrowało do mężczyzny, z którego jeszcze przed chwilą jego starszy brat zlizywał krew. Zamarł. Jego oczy rozszerzyły się w niedowierzaniu i wypełniły łzami - Cas?
- Widzisz, Sammy - rzekł mentorskim tonem Dean, odrzucając ciało anioła z powrotem na stół, gdzie spoczęło w kałuży czerwieni. Znów rozległo się denerwujące "kap, kap, kap", a skrobanie wewnątrz klatki piersiowej demona nasiliło się. Kurwa! Akurat w takiej chwili... - widzisz, dlatego bycie demonem jest tak wspaniałe. Nie mam uczuć. A Ty od razu zaczynasz się mazać. Zupełnie jak mała dziewczynka.
Roześmiał się. Zimno. Okrutnie.
- Gardzę Tobą. Jesteś słaby, jesteś nic nie warty. Ograniczony... - Dean pchnął fotel, który obrócił się w stronę Sama, chwycił martwego Castiela za włosy i wplątał w nie mocno palce. Pociągnął, a jego głowa uniosła się, próbując pociągnąć za sobą resztę ciała. Jednak połączenie było zbyt słabe i oczom Sama ukazała się ziejąca w szyi anioła dziura po siekierze. Krew powoli przestawała płynąć, pozbawiona pompy w postaci bijącego serca, ale widok i tak był makabryczny. Szyja Casa uśmiechała się. Dean nabrał odrobinę krwi na palec i oblizał go ze smakiem. Znów się roześmiał - spójrz na siebie. Jesteś żałosny.
- Dean...
- Zawsze tak uważałem - demon nie pozwolił sobie przerwać. W zamyśleniu perorował dalej, co chwilę zanurzając któryś z palców w ranie na szyi trzymanego za włosy martwego anioła i oblizując, jakby był to największy przysmak. A Sam mógł jedynie stać i patrzeć. Wmurowany w posadzkę. Z mokrymi od łez policzkami - od małego byłeś zdany na moją łaskę. Samodzielnie do niczego byś nie doszedł, Sammy, musisz to przyznać. Nawet tata to wiedział. I też Tobą gardził. Nienawidził Cię tak bardzo, że wyrzucił Cię z domu. Masz tyle krwi na swoich rękach... - Dean zacmokał z rozbawieniem - mama, Jess, nawet ja. Kilkakrotnie. A ostatnio Kevin... musisz być niesamowicie szczęśliwy, że zaraz uwolnię Cię od tego ciężaru.
- Idź do piekła - warknął Sam, ocierając ze złością policzki.
- Stamtąd właśnie wracam. I muszę powiedzieć, że miejscówka jest dość przereklamowana - Dean znów opuścił ciało Castiela na stół. Podniósł z ziemi siekierę i przejechał po jej ostrzu kciukiem - swoją drogą, masz pozdrowienia od Crowley'a. Nędzny skurwysyn... zniszczyłeś go, wiesz?
- Jakim cudem?
- Twoja krew, geniuszu - Dean zaśmiał się cicho. Zaczął powoli iść w stronę nadal stojącego bez ruchu Sama - zniszczyła go. Te wszystkie uczucia... teraz jest słaby. Obrzydliwie słaby. Nie to, co ja. Ale, ale... Zapominam ciągle, że przecież dzielnie poszedłeś w moje ślady. Rzeczy, które robiłeś? - Dean snów zacmokał, tym razem z udawaną naganą - nieładnie, bardzo nieładnie. Więc może jednak powinienem być z Ciebie dumny.
- Naprawdę nic nie czujesz? - wyszeptał Sam, drżąc na całym ciele. Oto zbliżał się jego koniec. Nawet nie miał już siły walczyć. Nawet nie wiedział, czy w ogóle chce jeszcze walczyć...
- Nic a nic - odparł Dean lekko, stając twarzą w twarz z bratem. Ale nie było to prawdą. Czuł ekscytację, niemal radość, że w końcu pozbędzie się tego denerwującego, wiecznie jęczącego wielkoluda. Tyle lat w męczarniach, ale w końcu nadszedł jego dzień. W końcu pozbędzie się ciężaru. W końcu zobaczy krew... I wtedy Dean zgiął się niekontrolowanie w pół. Skrwawiona siekiera wyślizgnęła się z nagle osłabłego uścisku jego palców i uderzyła z brzękiem o podłogę.
- Dean! - krzyknął Sam, ale Dean nie słuchał. Nie słyszał. Tonął. Skrobanie w klatce piersiowej przerodziło się w palący ból, który pulsował, pulsował, popielił jego martwe wnętrze. Dean zaczął wyć z tego bólu, ale szum w uszach skutecznie zablokował dźwięk. Blokował wszystkie dźwięki. Zakrzywione niczym szpony palce zaczęły rozrywać ubranie, rozszarpywać ciało, krew znów popłynęła. Tym razem jego. Nie wiedział kiedy znalazł sie na kolanach, na podłodze, sufit wirował, wszystko wirowało, falowało. A potem przestał widzieć. I pochłonęła go ciemność.

Następnym, co poczuł, było uderzenie w twarz. Otworzył gwałtownie oczy. Wiedział, że były w tym momencie całkowicie czarne, bo Sam odsunął się mimowolnie. Kochany, biedny, głupi Sammy. Nawet teraz troszczył się o brata. O swojego brata demona. O swojego brata demona, który zamordował ich przyjaciela i pił jego krew. Ból w klatce piersiowej Deana powrócił, ale z mniejszym natężeniem. Dean odetchnął głęboko.
- Jak długo byłem nieprzytomny? - spytał cicho, przymykając oczy. Pieprzona czerń. Pojawiała się w najmniej odpowiednich momentach. Jakże tego nienawidził. Pierwszy raz od miesięcy.
- Dean?
- Tak, tak, to ja. Jak długo?
- Jak... jakim... To naprawdę Ty? - Sam może był geniuszem, ale w tym momencie myślał nad wyraz wolno. Dean poczuł napływającą wściekłość i z powrotem zatopił palce w ziejących na jego piersi ranach. Głęboko, z całej siły. Jęknął. Dobrze, wspaniale. Wściekłość odpłynęła. Człowieczeństwo to jeden wielki, pieprzony ból, pomyślał przelotnie i znów otworzył oczy.
- Tak, to naprawdę ja. A teraz skup się. Nie wiem, ile mam czasu. To... to chyba krew - Dean przełknął głośno ślinę - krew anioła. Daje mi władzę. Pomóż mi wstać...
- Dean, jesteś ranny.
- Wiem, do kurwy nędzy! - Dean krzyknął wściekle i złapał Sama za połę koszuli. Pociągnął, a twarz brata znalazła się nagle bliżej - chcę zobaczyć.
- Cas nie żyje - odpowiedział żałosnym tonem Sam i z jego piersi wyrwał się krótki, suchy szloch. Dorosły facet, a płacze, pomyślał demon wewnątrz Deana. Ale starszy z braci również czuł zdradziecką wilgoć na policzkach.
- Wiem, Sammy. Muszę go zobaczyć.
Sam złapał starszego brata za rękę i pomógł mu wstać. Dean zachwiał się niebezpiecznie, ale utrzymał na nogach. Pokój lekko wirował mu przed oczami, ale determinacja była silniejsza od wszelkich efektów ubocznych. Krew anioła paliła go od środka, teraz to wiedział. Jakże mógł być tak głupi, żeby nie pomyśleć o tym wcześniej? Powoli ruszył w kierunku stołu, zostawiając Sama z tyłu. Krew nadal kapała. Kto by pomyślał, że kruche ludzkie ciało kryje jej w sobie aż tyle? Kałuża na podłodze urosła do rozmiarów małego jeziorka. Wszystko przesiąknięte było metaliczną cieczą. Kartki, które leżały na stole. Fotel, na którym spoczywało ciało anioła. Ubrania Casa. Ten nieszczęsny, zastępczy prochowiec. Dean poczuł niewidzialną pięść zaciskającą się na jego gardle. Przełknął ślinę, ale w niczym to nie pomogło. Jedynie więcej łez wypłynęło na jego policzki. Dopiero gdy dotarł do celu, zwrócił uwagę na ciemny ślad skrzydeł, wypalony na podłodze.
"Cas nie żyje".
Słowa Sama zadźwięczały w głowie Deana, jakby młodszy brat wyszeptał je do jego ucha. Miał rację. Castiel był martwy. Nie oddychał. Nie poruszał się. Był martwy. Dean delikatnie złapał jego ramiona i uniósł ciało do pozycji siedzącej. Przejechał dłonią po sklejonych krwią włosach. Gdyby nadal był człowiekiem, w tym momencie jego serce zatrzymałoby się. Ból w piersi znów ekspolodował.
- Cas... - wyszeptał złamanym głosem. Stał z pozbawionym życia ciałem anioła w objęciach i płakał. Dean Winchester płakał. Demon, który płakał.
- Dean...
- Spójrz co zrobiłem, Sammy - wyszeptał mężczyzna, po czym schylił się i złożył na bladym czole pocałunek. Jedyny i ostatni - zabiłem go. Teraz, kiedy w końcu mnie znalazł. A ja zwyczajnie... Tyle krwi... Nie zdążyłem mu powiedzieć...
- Czego? - spytał Sam, patrząc z rozpaczą w oczach na lekko drżące plecy swojego brata. Jego policzki również lśniły od łez. Castiel był przyjacielem. Więcej - był rodziną. A teraz naprawdę został sam. Stracił absolutnie wszystkich, bo Deana przecież już nie mógł liczyć. Nie. Dean był potworem. Sam był potworem. Nic już nie miało sensu. Sam posunął się tak daleko, robił straszne rzeczy, żeby odnaleźć brata.
Wszystko po to, żeby teraz patrzeć na martwe, pokryte krwią ciało Casa, które Dean, chwilowo przytomny umysłowo, tulił do piersi niczym najdroższy skarb.
- Czego, Dean? Czego nie zdążyłeś mu powiedzieć?
- Przecież wiesz - Dean odwrócił się ze smutnym uśmiechem na ustach. Jego oczy były całkowicie czarne, a przez dziury w poszarpanej koszuli widać było rany. Nie chwiał się już, stał pewnie, na szeroko rozstawionych nogach. Ani na chwilę nie oderwał dłoni od ramienia Casa, jakby łaknąc jego dotyku, bliskości - wiesz co robić, Sammy. Pospiesz się, nie będę walczyć.
- Słucham ?
- Zrób to. Proszę.
Sam wbił w niego zdziwione spojrzenie. Przcież Dean nie mógł go prosić o... Ale prosił. Młodszy z braci wstrzymał na chwilę oddech, po czym zaczął szlochać niekontrolowanie. Spuścił głowę, włosy opadły mu na oczy. To było ponad jego siły. Nie mógł. Nie zrobi tego, to nie w porządku, na pewno da się coś zrobić. To nie tak. TO WSZYSTKO NIE TAK!
- Nic innego nie możesz zrobić, braciszku - powiedział Dean spokojnie, głaszcząc powoli Casa po głowie. Sam zorientował się, że ostatnie zdanie wypowiedział, czy raczej wykrzyczał na głos. Przełknął kilka razy ślinę, żeby choć trochę się uspokoić i już, już miał zacząć przekonywać Deana do zmiany decyzji, gdy ten znów przemówił - nie chcę, żebyś robił coś innego, słyszysz? Nie chcę.
- Dlaczego? - wydusił z siebie Sam, a Dean roześmiał się gorzko.
- Dlaczego? Na miłość... Bo był dla mnie kimś więcej, niż bratem. Nadal chcesz pytać dlaczego? - demon w jego wnętrzu znów zaczął ostrzyć kły. Wściekłość powoli powracała. Czas się kończył - a przecież to nie on miał zginąć. To Ciebie chciałem zabić. Cas... to był przypadek. Nie wiedziałem, że tu jest. Byłem w takim szale, że kiedy na niego wpadłem - myślałem, że to Ty. Nie czułem wyrzutów sumienia. Nie czułem nic... I dlatego wiesz, co robić.
- Nie mogę...
- Cholera, Sammy, czas się kończy!
Sam zmierzył go spojrzeniem i nagle poczuł w sobie spokój. Łzy nadal toczyły się po jego twarzy, ale szloch ustał. Wszystko ustało. Odetchnął głęboko i po raz ostatni spojrzał w czarne oczy swojego brata, który uśmiechnął się, aby dodać mu odwagi. Ciszę bunkra przeszył łamiący się głos Sama.
- Exorcisamus te...


Idealnie Ci wyszedł ten ciężki, mroczny, duszny nastrój, ten tekst jest przerażający i poruszający, a za razem na swój sposób piękny. Wykorzystałaś te parę rzeczy, które wiemy o 10 sezonie i zrobiłaś z nich coś, na co scenarzyści nigdy się nie odważą. Z jednej strony na szczęście, bo oglądanie tego byłoby jeszcze trudniejsze niż czytanie, a z drugiej - niestety, bo to jest świetne! Taaak, po namyśle stwierdzam,że byłabym gotowa poświęcić Casa, gdyby to było rozwiązane w taki sposób. A to już chyba mówi wystarczająco, jak bardzo podoba mi się ten tekst. (Oczywiście zakładam, że gdyby to był serial, to przynajmniej Dean jakoś by wrócił Podoba mi się to, jak pod tą całą demonicznością nadal doskonale widać, że to Dean. Pozbawiony uczuć, okrutny, ale czuje się, że to nie bycie demonem dodało coś do jego osobowości, a jedynie zniosło zahamowania i wydobyło na światło dzienne to, co kryło się w Deanie od dawna. Jeszcze nawet nie widzieliśmy kanonicznego Deana-demona, a już i tak uważam, że nie może być bardziej kanoniczny niż Twój. Takiego Destiela też kupuję w całości, choć ogólnie nie shippuję ich ani trochę. Ale biedny Cas, biedny Sammy i biedny, biedny Dean, który nagle znów jest świadomy tego, co zrobił i czym się stał... Wybacz, idę popłakać w samotności!