, [M] Jedną gwiazdę mniej ďťż

[M] Jedną gwiazdę mniej

Kto tam jest w środku?
Tak, osiągam wyższy level pisania do samej siebie, ale przypałętał się ficzek do Historii Śródziemia. Tak, do luźnych notatek Tolkiena odnośnie alternatywnej sceny palenia okrętów.

Jedną gwiazdę mniej

Kto by pomyślał, że dymu będzie aż tyle? Łabędzie statki Telerich płonęły przez całą noc, łuna raziła, a dym spowił obozowisko na brzegu i gryzł w oczy. Płomienie strzelały wysoko, trzaskało suche drewno, farba odpadała w poskręcanych strąkach. Najpiękniejsze statki Ardy jeden po drugim zmieniały się w zgliszcza i niknęły pod wodą.

Maitimo zawrócił na brzeg, ledwie pierwsze płomienie rozświetliły niebo. Nie spodziewał się, że ojciec posunie się do tak drastycznych kroków, ale Kano rozwiał jego wątpliwości i zatrzymał go, nim dotarł do Feanora.

– Zostaw, nic nie wskórasz – pokręcił głową.

– Kto poszedł?

– Curufin. Celegorm. Kto jeszcze, nie wiem. – Maglor patrzył ponuro na pożogę.

Więc ojciec zabrał do pomocy jedynie kilka najbardziej zaufanych osób. To, że spośród własnych synów zbudził tylko jednego, stawiało pod znakiem zapytania całe ich relacje.

– Celebrimbor? – Maedhros rozejrzał się niespokojnie za bratankiem, ale chłopiec na szczęście spał skulony pomiędzy bagażami, znużony wcześniejszym rozładunkiem; ruch w obozowisku zdawał się zupełnie mu nie przeszkadzać.

Długie godziny minęły, nim wiatr rozwiał dym na tyle, że w obozie dało się oddychać. Dopiero teraz elfowie zaczynali rozglądać się, sprawdzać, co zdołali znieść z pokładów. Nieprzychylne szmery zamieniały się w jawne głosy sprzeciwu, gdy co rusz ktoś orientował się, co stracił. Stawiało to najstarszych synów Feanora przed koniecznością tłumaczenia się z poczynań ojca, choć im także umykał sens jego postępowania. Napięcie rosło, obóz był niemal na skraju buntu.

Feanor jakby nic sobie z tego nie robił; jako jeden z nielicznych nie przejmował się dobytkiem, który spłonął na statkach. Wybrzeże nie było jednak dobrym miejscem na dłuższy postój, więc zarządził hasło do wymarszu.

Z niewielkiego namiotu wychynęła rozczochrana, ruda głowa jednego z bliźniaków; Smyk, w przeciwieństwie do małego bratanka, nie potrafił spać w hałasie. Wygramolił się w końcu, spojrzał po starszych braciach w milczeniu zwijających bagaże i utkwił przestraszone spojrzenie w ojcu.

– Gdzie mój brat?

Pozostali spojrzeli po sobie i zorientowali się, że było ich tylko sześciu.

– Ojcze! Ambarto spał na pokładzie!

– Nie był widać dość dzielny, by sprostać czekającej nas misji – wzruszył ramionami Feanor. Nie przerwał przy tym pakowania, nawet nie spojrzał na swoje najmłodsze dziecko. – Jego statek spłonął jako pierwszy.

Starsi synowie patrzyli na ojca jak na widmo, do dwóch najmłodszych jeszcze nie dotarło, co powiedział. Curufina pierwszego uderzyła zgroza.

– Gdzie mój syn? – rozejrzał się chaotycznie, zmrożony myślą, że także mógł być na statku.

Maglor bez słowa wskazał mu chłopca skulonego między pakunkami, z płaszczem ojca naciągniętym na głowę. Curufin odetchnął.

– Nie zbudziłeś ... ? – Amras zaczął się trząść, łzy pociekły po policzkach. – Pozwoliłeś mu.... – nie odważył się dokończyć, zadławił szlochem. Maglor, stojący najbliżej, chwycił go za ramię. Chłopak szarpnął się, ale brat nie puszczał.

– Dość! – warknął Feanor. – Trzeba ci było zostać przy matczynej spódnicy, jeśli masz się mazać! Uciszcie go!

Smyk wyszarpnął się Maglorowi, ale Maedhros skoczył do przodu, zamknął w silnym uścisku, odciągnął w tył, byle dalej od ojca. Amras opierał się jeszcze słabo, ale poddał się zaraz, wtulił w starszego brata; sięgał mu ledwie do ramienia.

Maglor i Celegorm w zaskakującej, milczącej zgodzie wrócili do pracy, zakrzątnęli się koło ojca, dopytali o jakieś nieważne szczegóły, Curufin zagarnął Caranthira, pozwalając Maedhrosowi zabrać najmłodszego. Amras poszedł ufnie ze starszym bratem, wczepiony w jego tunikę.

Maedhros wymienił jeszcze spojrzenia z Maglorem i śpiewak skinął głową, dając znać, że poradzą sobie z pakunkami. Bez wahania najstarszy syn Feanora wyprowadził brata z obozu; nie za daleko, wszak nie wiadomo, co mogło czaić się w półmroku, teraz, gdy łuna pożaru malała. Dość jednak, by Amras mógł szlochać swobodnie, z daleka od ojca i wszystkich innych.

– Zabił go, Maitimo – załkał chłopak, pozwalając bratu objąć się mocniej, przytulić. – Ojciec oszalał, prawda? – wymamrotał gdzieś w okolice pachy.

Maitimo milczał, niepewny swojego głosu, zżerany poczuciem winy. Wyszedł z obozu, zbyt wzburzony, by konfrontować się z ojcem, a gdy wrócił, nie sprawdził, czy najmłodsi bracia byli bezpieczni. Zobaczył tylko, że syn Curufina spał spokojnie i nie pomyślał, by rozejrzeć się za Ambarussa. Co miał odpowiedzieć Smykowi? Że tak, poszli za szaleńcem? Że porzucili Aman dla zarysowanej przez ojca wolności, a faktycznie z zemsty? To i tak nie miało znaczenia, wiązała ich przysięga.

Amras nieoczekiwanie wyswobodził się z uścisku, odsunął. Obejrzał się na obóz; zacięcie w jego oczach bardzo się Maedhrosowi nie podobało.
– Nie pozwolę ci odejść. – Bez trudu odgadł, co chodziło najmłodszemu bratu po głowie.

– Dlaczego? – wyzwanie w błyszczących od łez oczach, ruda grzywka zsuwająca się drażniąco. – Dlaczego miałbym zostać?

– Bo nie chcę stracić dzisiaj drugiego brata. – Maedhros wyciągnął rękę, położył Smykowi na ramieniu; dla niego wciąż był chłopcem.

– Ale ja nie... – Amras zająknął się na tak postawioną sprawę. – Jak możesz sądzić, że zostanę z ojcem po tym?

– Zostaniesz – powtórzył Maedhros stanowczo. – Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby się rozdzielać. Jesteśmy na obcym terenie, nie wiesz, co jest dalej. A ojciec wciąż ma posłuch – zauważył trafnie. Nieco mniejszy po spaleniu statków, ale nadal charyzma Feanora pociągnie większość, gdyby doszło do rozłamu w grupie.

– Nie mogę, Maitimo – siąknął Amras. – Nie chcę, nie zniosę – powtarzał.

Maedhros przygarnął go, oparł brodę na rudej czuprynie najmłodszego brata. Stali tak, z dala od obozowego gwaru, aż Amras nie uspokoił się trochę.

– Musimy trzymać się razem, braciszku – wymruczał Maitimo. – Jest nas sześciu i tak ma pozostać – powiedział z przekonaniem, celowo mówiąc tylko o braciach. – Ze mną chyba pójdziesz? – dorzucił lżejszym tonem; Smyki zawsze się do niego garnęły. Ledwie ta myśl przemknęła mu przez głowę, żal zmroził serce. Mieli już tylko jednego Smyka.

– Z tobą tak. – Ambarussa pokiwał markotnie głową, otarł oczy.

– Chodź, trzeba pomóc. – Maedhros skierował się w stronę obozu. – Trzymaj się z dala od ojca – przykazał.

Młodszy brat poszedł posłusznie. Miał się trzymać tak blisko niego przez następne tygodnie, aż do śmierci Feanora, z którym nie zamienił już ani słowa.

Maitimo - Maedhros
Kano - Kanafinwe - Maglor

Słowem wyjaśnienia - w szkicu w "The peoples of Middle-Earth" Feanor pali statki przy pomocy Curufina i garści najbardziej zaufanych elfów. Na jednym ze statków spał jeden z jego najmłodszych synów-bliźniaków, prawdopodobnie zamierzając wrócić do Amanu, gdy zostaną odesłane statki. Feanor miał w tym momencie już takiego fioła, że wiedząc o tym podpalił statki - by uniemożliwić wszystkim wątpiącym powrót. Dość uroczo z jego strony - a dla mnie jeden powód więcej, by delikwenta nie trawić.


AWWW! Jeju, kolejny świetny tekst... I to jeszcze o synach Feanora! Nie zrozum mnie źle... ale chce mi się zarazem śmiać i płakać.... Śmiać z mojego komentarza( bo jest beznadziejny i znów nie pisze nic sensownego), a płakać z powodu Ambarussa. No, i oczywiście mam ochotę zabić Feanora. Cudoooooooooooooo!!! Proszę o więcej!!!
PS: Przepraszam, że tak bez składu i ładu

Smyki zawsze się do niego garnęły. Ledwie ta myśl przemknęła mu przez głowę, żal zmroził serce. Mieli już tylko jednego Smyka.
Chlip chlip, strasznie ładnie to ujęłaś! Naprawdę podziwiam, jak potrafisz wywołać wielkie emocje przy pomocy takich bardzo prostych obrazków.